Ciepłe promienie porannego słońca o barwie widywanej na naszej szerokości geograficznej tylko o zachodzie. Ledwie wyczuwalne podmuchy wiatru, zbyt słabe, by wzburzyć ocean, jednak na tyle silne, by rozkołysać fale, które leniwie przewalają się po jego powierzchni, niczym powstałe z oleju, a nie wody morskiej.
W tle
słychać równomierny warkot silnika pracującego na niskich obrotach, zlewający
się z wrzaskiem ptaków kołujących nad łodzią. Całość obrazu dopełnia ośmiu
mężczyzn, czterech o skórze w kolorze hebanu (członków załogi) i czterech
przybyszów z centralnej Europy, wpatrzonych w ślizgające się po tafli wody
kolorowe wabiki ciągnięte za łodzią. Wiedzą, czego należy się spodziewać,
obserwują przynęty i wodę za nimi. Wzrok wędruje od wędek aż po horyzont,
czekając na ten potworny zastrzyk adrenaliny, gdy powierzchnię oceanu,
niewiadomo skąd, przetnie żywa torpeda. Atak i
jednoczesne zacięcie! Afrykański przewodnik dopada wędki niczym lampart swą
ofiarę. Ułamek sekundy później wędkarz (pierwszy w kolejce) montuje pas i jest
gotowy rozpocząć hol. W skrytości ducha obiecuję sobie: następnym razem ja będę
o ten ułamek sekundy szybszy, sam zatnę swą zdobycz. Widok
opętanej furią skaczącej żaglicy, która na dodatek znajduje się gdzieś na końcu
trzymanego w rękach zestawu, o czym nieustannie jesteśmy informowani, próbując
minimalizować jej odjazdy, stawia przed oczami nowicjusza całe dotychczasowe
wędkarskie życie. Szczupaki, trocie, sumy, jakże do tej pory pożądane,
wielbione i kochane, bledną. Pierwszy wyskok holowanej własnoręcznie ryby z
rodzaju billfish jest jak ukąszenie przez malarycznego komara. Nie można się z
malarii wyleczyć, można ją tylko zaleczyć. Tak jest też z big game – to
choroba. Nieuleczalna choroba. Jej objawy – zgodnie z prawdą głoszoną przez
starszych: lecz się tym, od czego chorujesz – można zwalczyć tylko przez big
game. Tuż przy
łodzi ryba powtarza serię skoków. Nie wolno Wam przegapić tego widoku. Tylko
wtedy naprawdę zobaczycie, jaka jest piękna. Jej płetwa grzbietowa
przypominająca żagiel jest koloru lawendy, a turkusowe boki przecinają błękitne
pasy. To furia. Pod koniec walki lawenda zamienia się w czerń, a turkus w złoto.
Po podebraniu do łodzi ubarwienie w ciągu kilku sekund traci intensywność;
zdobycz staje się szara i smutna. Ciąg dalszy artykułu Macieja Króla w najnowszym numerze WMH.
|