To dziwna
ryba i coraz bardziej mnie fascynuje. Dziwna dlatego, że w moich rzecznych
łowiskach może uderzyć w przynętę o każdej godzinie i w dowolnym miejscu.
Również dlatego, że poszczególne grupy wiekowe biorą bardzo specyficznie.
Maluchy do kilograma wagi są bardzo waleczne i często nieprzeciętnie agresywne
– gdyby ich agresję wyrażać w masie, to kilowy młodzian ma jej pewnie ze 4
kilo. Holowane pod prąd, potrafią młynkować jak szalony pstrąg. Średniaki o
wadze do 4 kg są silne, w przynętę raczej uderzają, często ponawiają nieudany
atak i nie dają się szybko wyciągnąć. Duże sandacze, ważące ponad 5 kg, a w
szczególności od „dziesiątki” wzwyż, atakują przynętę w sposób indywidualny dla
danego osobnikami zachowują się na wędce nieprzewidywalnie. W takich
przypadkach nigdy nie wiem, jaką rybę holuję, do czasu aż zobaczę kolosa. Wtedy
ja z kolei zachowuję się nieprzewidywalnie, bo kolana mi „miękną”, ręce drżą i
zaczynam popełniać błędy w holowaniu. No cóż, nadzwyczajne emocje potrafią
totalnie ogłupić człowieka.
MOJE
CZERWCOWE MIEJSCÓWKI Teraz
koncentruję się na dwóch miejscówkach. Polując na grube sztuki (od 6 kg w
górę), wchodzę na piaszczyste przykosy. Za mniejszymi sandaczami uganiam się po
brzegu, zapuszczając przynętę na prostkach zagraconych koronami drzew,
konarami, opaskowymi głazami porozrzucanymi podczas wczesnowiosennych przyborów
oraz w miejscach, gdzie podmyty zarośnięty brzeg runął do wody. W takich miejscach
sandacze „mieszkają”, lecz wędkarze z reguły omijają te łowiska, bo tracą tam
niesamowicie dużo przynęt. Ja też nie jestem wyjątkiem, ale godzę się ze stratami,
bo… łowię tam ryby. Dużym plusem tych „zaczepowych” miejsc jest możliwość
łowienia podczas częstego czerwcowego przyboru, no i oczywiście brak innych
wędkarzy.

PRZYKOSY W rybnej
rzece każda przykosa jest dobra. Jednak te najlepsze leżą w głównym nurcie i są
twarde. Oznacza to, że można po nich chodzić bez zapadania się w piachu po pas,
rant przykosy jest stabilny, a za nią jest głęboka woda z twardym dnem. Ryby chętnie
odwiedzają takie przykosy, nawet ukleje i płocie. Jak wiemy, białoryb przyciąga
drapieżniki. Do wielu przykos można się dostać tylko łódką, która zawsze daje
wędkarzowi poczucie bezpieczeństwa. Do brodzenia zakładam spodniobuty z
grubszego materiału, abym mógł klęczeć na piachu bez obawy o przetarcie. Są
bowiem przykosy, gdzie głębokość wody na rancie sięga zaledwie 20 cm. Wtedy
przysiadam na piętach, aby sandacze mnie nie zauważyły, zwłaszcza świstającego
w powietrzu wędziska. Na płytkim rancie nie podbieram ciężkiej ryby, lecz jeśli
to możliwe, wycofuję się do brzegu i tam podbieram ją poniżej rantu, na
głębszej wodzie. Niektóre osobniki po zetknięciu z piachem dostają szału i
zrywają się z wędki. Należy pamiętać, aby na głębokiej wodzie nie zbliżać się
do rantu, bo można się osunąć w głębię. PROSTKI Jeżeli w
rzece głębokość jest znacznie zróżnicowana, to lepiej wybrać prostkę
najgłębszą. Sandacze chętnie przebywają na głębokiej wodzie, choć do polowania
wystarczy im nawet jej 50 cm. Prostki dzielę na sezonowe i wieloletnie, które
są bardziej rybne. Znajdziemy je przy twardym brzegu, a tym lepiej dla nas,
jeżeli mają znaczną długość (min. 300 m) i leżą przy dzikim, zarośniętym
brzegu. Wtedy sandacze nie są płoszone. Obławianie takich miejsc jest bardzo
trudne technicznie, również z tego powodu, że niełatwo jest zająć dogodne
stanowisko na nieprzyjaznym brzegu. Gdy przewiduję trudność przy podebraniu
ryby, rezygnuję z łowienia w tym miejscu.
CZYM I
JAK ŁOWIĘ Moje
podstawowe i niezawodne przynęty to gumy i woblery. W wielu przypadkach, aby
właściwie obłowić domniemaną kryjówkę sandacza, zmuszony jestem założyć
dopalacz do lekkiej przynęty. Dlatego spinningista musi mieć przy sobie różne
dociążniki i drobne akcesoria umożliwiające wiązanie troczków i dopalaczy. Do
woblerów i gum w równym stopniu stosuję atraktory w gęstym płynie. Mam dzięki
nim dobre wyniki, chętnie więc stosuję te atraktory przez cały rok. Ciekawym
zagadnieniem jest skuteczność poszczególnych kolorów, ja jednak daruję sobie
doświadczenia na wodzie. W pudełku mam gumy w trzech kolorach: białym,
perłowym, seledynowym (fluo) – wszystkie z dodatkiem brokatu. Wiem od kolegów,
że dobre kolory to również żółty, białoczerwony, jasnozielony, biały we wzorki
(w kolorach czerwieni, zieleni i żółci). Preferuję woblery jednoczęściowe ze
sterem SDR, czyli głęboko schodzące i stukające o przeszkodę. Ze względu na zaczepy
używam tylko pływających. Dotychczas najlepiej sprawdziły mi się kolory w
deseniu okonia i uklejki oraz perłowy i seledynowy. Na przykosie używam
wędziska długości 250 lub 300 cm, co zależy od głębokości wody, w której stoję.
Jeżeli sięgami ciut powyżej pasa, to wtedy zabieram krótszy kij. Do obławiania
prostek zawsze używam długiego kija, bo umożliwia mi lepsze prowadzenie przynęty.
Niestety, jego długość bardzo przeszkadza w dojściu do łowiska i nieco utrudnia
podebranie ryby. Najchętniej używam plecionki, bo jej mała średnica umożliwia
dalekie wyrzuty. Pomaga również odzyskać wiele zahaczonych przynęt. Na
przykosie stosuję plecionkę o średnicy 0,12–0,16 mm, na prostce tylko 0,14 mm.
Zdarza się, że sandacze słabo żerują i wtedy zakładam żyłkę spinningową o
średnicy 0,24 mm na przykosie, 0,26 mm na prostce.
 Do woblerów zakładam kotwice
druciaki, bo łatwo je rozgiąć na plecionce i można odzyskać wobler z zaczepu.
Podczas łowienia plecionką trzeba bardzo uważać, aby nie rozgiąć kotwic w paszczy
dużego drapieżnika. Ponadto jego paszcza potrafi zgnieść kotwicę i wtedy nici z
zacięcia. Gumy mam długości od 7 do 14 cm, obciążam je główkami o masie od 5 do
25 g. Staram się dopasować główkę do każdej gumy i łowiska. Moje główki mają
dwa lub trzy stożkowate kołnierze trzymające gumę zamiast tradycyjnego
zadzioru. Dzięki tym kołnierzom guma pewnie siedzi na główce nawet po ostrej
walce z dużym sandaczem. Kiedy łowię w miejscu wyjątkowo zaczepowym, to
zakładam główki ze zwykłym haczykiem, który łatwiej się rozgina na zaczepach.
Gdy łowię bardzo długimi gumami, to naciągam je na główkę z wydłużonym hakiem.
NA
PRZYKOSIE łowię w
sposób, który umożliwia mi budowa łowiska. Staram się jednak najpierw prowadzić
przynętę wzdłuż rantu, następnie wchodzę na piach i rzucam daleko niżej na
spokojną wodę. Tu gumę prowadzę skokami po dnie. Na bardzo głębokiej wodzie
prowadzę również w pół wody. Wobler spławiam jak najniżej i wolno prowadzę przy
dnie. Następnie obrzucam dokładnie granicę spokojnej i płynącej wody od strony
nurtu, na odcinku wyraźnej granicy, gdzie przy dnie bardzo często stoją
sandacze. Tutaj niezastąpione są ciężkie gumy.
PROSTKĘ
OBŁAWIAM niemal
punktowo, czyli wynajduję dużą dziurę lub korytarz między zaczepami i tam
podaję przynętę. Jej prezentacja trwa krótko, dlatego muszę być precyzyjny i
zawsze z góry przemyśleć sposób prowadzenia. Wiele przeszkód schowanych jest
pod grubą wodą, wtedy nad nimi prowadzę wobler pływający płytko chodzący.
Staram się prowadzić go bardzo wolno, aby sandacz miał czas namierzyć przynętę
i podnieść się do ataku. W długich korytarzach często prowadzę gumę raz po dnie
(na wleczonego), następnym razem wysokimi skokami. Tutaj przydają się gumy
ciężkie. W miejscach bardzo ciasnych zarzucam ciężką gumę na plecionce i kładę
ją na dnie. Po kilkunastu sekundach delikatnie podrywam i znowu zostawiam w
spokoju na kilkanaście sekund. Po kilku manewrach podrywam ją i prowadzę do
brzegu. W takiej sytuacji wielką rolę odgrywa atraktor.
WYŻE I
NIŻE Bywają
dni, że sandacze dobrze żerują cały dzień, innym razem całą dobę. Pewne brania
mam jednak o świcie, w południe i przy zapadających ciemnościach. Do późnych
godzin nocnych łowię tylko na przykosie, bo na prostce nie sposób precyzyjnie prowadzić
przynętę. Słuchajcie uważnie prognoz pogody. Gdy zapowiadają zmianę pogody lub intensywne
opady, nie przegapcie dobrej okazji do udanych łowów. Podnosząca się woda zachęca
sandacze do intensywnego żerowania.
Życzę
Czytelnikom dwucyfrowych sandaczy.
Arek
Stokłosa Fot. O.Portrat
|