Turystyka
Jedź z nami na ryby
Czytelnia
Artykuły
Porada tygodnia
Artykuły sponsorowane
Zasady połowu ryb
Filmy na DVD
Oferta filmów
Fishing TV
SpołecznoŚci wędkarskie
Wędkarze piszą o sobie
Katalog firm
Akcesoria
Usługi
Dystrybucja
Gdzie kupić WMH?
Pogoda
Sprawdź
Galeria
Galeria zdjęć
Galeria filmowa
Pogawędki
Podyskutuj na forum!
Nasze bannery
Ściągnij nasze bannery
Reklama
Cennik
Wasza galeria

Newsletter
  Chcesz być na bieżąco informowany o nowościach na naszej stronie. Dopisz się do listy.
 
Dodaj Usuń  
 
Nasza galeria
 

 
Kalendarz z Natalią

WMH - film promocyjny

Zobacz film
QuickTime
Ankieta
Co jest dla Ciebie głównym źródłem informacji o nowościach w branży wędkarskiej?
czasopisma wędkarskie

fora dyskusyjne na portalach wędkarskich

newslettery serwisów wędkarskich

filmy wędkarskie


Reklama
 




 
Inne nasze czasopisma
 
 
 
   Czytelnia
Styczniowe rozterki
14-01-2010


Rasowemu spinningiście styczeń kojarzy się tylko z jednym – z rozpoczęciem sezonu trociowego na Pomorzu. Jednak nie każdy wędkarz może wybrać się tak daleko i wtedy powinien szukać zdobyczy tam, gdzie ma ją pod ręką. W moim przypadku: w sercu Mazowsza.

Czy nie pozostaje nam nic innego niż ślęczenie w domu i dopieszczanie sprzętu? Myślę, że jest kilka alternatywnych możliwości, a to, gdzie uda się nam wybrać, zależy w większości od aury, jaką zafundowała nam Pani Zima. Osobiście od wielu lat jestem związany z „wielką rzeką” i większość czasu spędzam właśnie tam. Cóż, że ryb z roku na rok coraz mniej, że panoszy się kłusownictwo i wszędzie widać ogólny brak zainteresowania królową rzek przez władze naszego związku… Gdy styczeń jest mroźny, uganiam się po wiślanych łachach i porcikach w poszukiwaniu białorybu. To taka odskocznia od stricte spinningowego trybu życia, jaki prowadzę w pozostałych porach roku. Jeśli lód jest gruby, biegam po lodzie i łowię najczęściej leszcze, płocie, krąpie i – coraz powszechniej występujące na mazowieckim odcinku – sapy. Okoni w Wiśle jest jak na lekarstwo, ale czasami na łachach uda się złowić kilka przyzwoitych patelniaków. Ja jednak preferuję wiślane porty, zastoiska i łaszki na stałe połączone z rzeką i tam staram się łowić. Wisła zawsze mnie zaskakuje. Pamiętam zimę, kiedy za długą główką w zastoisku brały piękne karasie i certy. Niestety, zbierające się rokrocznie na zimowiska ryby są niemiłosiernie trzebione przez bandy pseudowędkarzy, kłusujących we wspomnianych miejscach. Chociażby port w Modlinie, gdzie lód ma często kolor czerwony… Sprzęt musi być dostosowany do warunków i zamiarów łowiącego. Tylko wtedy mamy szansę złowić naprawdę przyzwoitą rybę. Hol dwukilogramowego leszcza jest miłym przeżyciem, a takie w Wiśle nie należą do rzadkości. Żeby mu dać radę, trzeba zwracać uwagę na działanie hamulczyka w kołowrotku, które powinno być perfekcyjne, i na jakość żyłki. Podstawą zanęty jest jokers. Żeby „połowić”, nigdy nie skąpię tych czerwonych larw. Nęcę za pomocą podajnika i cierpliwie czekam. Jeśli białoryb się zjawi, mam masę uciechy. Najczęściej łowię na mormyszkę, ale nierzadko pozwalam sobie także na leniuchowanie przy spławiku – zwłaszcza kiedy jest odwilż. Łowienie z lodu to dla mnie możliwość wyjazdu z Ojcem i nieustające próby zarażenia Taty sprawdzoną metodą. Próby te jednak – mimo moich usilnych starań – spełzają zwykle na niczym. Ojciec, który spinning traktuje po macoszemu i lekceważy moje kilkunastoletnie doświadczenie w tej materii, „robi swoje”.

Zdarzają się jednak zimy, gdy styczeń pachnie wiosną, wielka rzeka płynie wolna od lodu i zachęca do odwiedzin nad jej brzegami na przysłowiowe „moczenie kija”. Ta całkowicie z wyglądu martwa woda jest spokojna, zimna, ołowiana, a zarazem ma w sobie jakiś czar. Zdarzały się lata, kiedy w „ciepłym” styczniu łowiłem rekordowe bolenie.
Wielkie rapy, które powoli szykują się do tarła, grupują się w sobie tylko znanych miejscach. Nie jest łatwo je znaleźć, ale warto próbować, bo mamy szansę na rekord życia. W końcu wędkarstwo polega również na ciągłych poszukiwaniach. Z mojego doświadczenia wynika, że są to odcinki o bardzo spokojnym, równym, ale odczuwalnym nurcie oraz średniej głębokości. Podobnie jak miejsce, sposób łowienia również odbiega od kanonów rapowania w cieplejszych okresach. Przynętą numer jeden dla mnie jest mors 2. Wędka 270–300, o ciężarze wyrzutu ok. 40 g, z żyłką 0,25. Kołowrotek wielkości 3000. Przynętę prowadzimy wolno, blisko dna. Branie jest mocne, ale brak w nim dynamizmu letniego kopnięcia bolenia. Staram się rzucać w poprzek nurtu i spokojnie wolnym, zimowym tempem prowadzić przynętę. Czasami sprawdzał się duży twister. Ciężar główki powinien być tak dostosowany, aby przy spokojnym prowadzeniu od czasu do czasu otarł się o dno. Złowienie pięknej, srebrnej ryby w czasie, kiedy wokoło szarość, zimno i plucha, dostarcza niezapomnianych emocji. Nie muszę chyba wspominać, że boleń w tym czasie powoli przygotowuje się do tarła i nasze zimowe trofeum powinno wrócić do wody. Ot, fotka, buzi i płyń… może w lecie znowu się spotkamy? Jeśli jest ciepło i od kilku dni świeci słoneczko, można także spróbować poszukać kleni. Niestety, to kolejne wyzwanie do poszukiwań, ale o ile przyjemniej przespacerować się nad rzekę, niż siedzieć w domu i przerzucać kanały TV. Mamy szanse odnaleźć klenie w okolicach brzegu na płytkiej, a co za tym idzie w najszybciej nagrzewającej się wodzie, na płytkich napływach główek lub na opaskach za spowolnieniami tworzącymi się w wyrwach brzegu. W zimie z reguły stosuję najmniejsze z dostępnych przynęt. Z racji tego, że sam wykonuję woblerki, ten rodzaj przynęty jest przeze mnie najczęściej stosowany. Zauważyłem, że w tym okresie najlepsze są woblerki pracujące bardzo oszczędnie, ledwo kolebiące się, jakby swoją akcją dostosowywały się do paraliżu i zimna w wodzie. Agresywnie pracującym przynętom, które świetnie czuć na kiju, przyjdzie zadebiutować za kilka miesięcy. Mój najlepszy woblerek, który „złowił” chyba każdy rodzaj ryby na Wiśle, ma 3 cm i bardzo rachityczną, ledwie odczuwalną akcję.


Nad rzekę zabieram pudełko z kilkoma woblerkami, paroma niewielkimi gumami i obrotówkami – to wszystko, czego wymaga od nas pan kleń. Wędka 240–270, raczej z tych delikatnych, i cienka żyłka, aby nasze mikroprzynęty poruszały się w miarę naturalnie, myślę, że 0,16–0,18 mm całkowicie wystarczy do holowania nawet dużego klenia. Rzucam woblerkiem w dół rzeki, pozwalam mu spłynąć i bardzo wolno prowadzę wzdłuż brzegu. Warto robić przerwy w prowadzeniu naszego wabika i przytrzymać woblerek w miejscu najbardziej obiecującym. Zimowe klenie nie są tak agresywne jak w cieplejszych porach, także branie jest dużo delikatniejsze. Bardzo ważne jest ciche podejście do miejsca żerowania ryby. Mały ciężar przynęty powoduje, że musimy się wspierać nurtem i spławiać przynętę jak najdalej od nas. Ryby – jeśli są – trzymają się bardzo blisko brzegu i nieuważne podejście do miejsca powoduje wystraszenie ich na długi czas. Pamiętam jeden z zimowych, słonecznych dni, kiedy kolega niemal na siłę wyrwał mnie z domu na „rozpoznanie terenu”. Tych kilka brań, jakie miałem na spokojnej opasce w okolicach Żerania, całkowicie mnie zaskoczyło, nie wierzyłem w żaden sukces, Wisła wyglądała jak martwa, a jednak ryby wiedziały coś, czego ja nie wiedziałem, i brały jak w maju. Nie były wielkie, ot kilka trzydziestocentymetrowych rybek, ale dały mi namiastkę lata.


Styczniowe ryby nie lubią poranków. Najlepsze wyniki miewałem około południa i we wczesnych godzinach popołudniowych. Z racji krótkiego styczniowego dnia najlepiej się skupić na godzinach między 11 a 14. Kilka słów o ubiorze. W dobie goreteksów, polarów i innych sympateksów każdy wędkarz może sobie dobrać ubiór niekrępujący ruchów i jednocześnie całkowicie odporny na aurę. Jest to tak samo ważne, jak prawidłowe przygotowanie zestawu. Kiedy jest nam zimno, nie potrafimy się skupić na łowieniu. Warto także zabrać ze sobą termos z ciepłą herbatą i krem do rąk. Jeżeli zabieramy aparat fotograficzny, powinno się go trzymać w wewnętrznej kieszeni kurtki w mocnym plastikowym pudełku. Ja od lat używam plastikowego pojemniczka na żywność – jest odporny na uderzenia i wilgoć. Kilka razy zdarzyło mi się właśnie w zimie, że złowiłem rybę godną fotki i, niestety, aparat zawiódł, bo zamarzła elektronika. Trzymając aparat w wewnętrznej kieszeni kurtki, mamy pewność, że jeśli złowimy rybę. Zostanie uwieczniona na zdjęciu. Styczniowy spinning na wielkiej rzece to raczej spacer, rodzaj kontemplacji, spotkania z rzeką. Nie liczę w tym okresie na wyniki, a mimo to każdy kontakt z rybą liczy się podwójnie i cieszy jak nigdy podczas sezonu.


MARCIN "JOHNNY" NAROŻNIAK

Fot: archiwum, O.Portrat


Wróć


Komentarz: Redakcja
2010-02-22
Tak, to ten sam Johnny.

Komentarz: kamil wędkarz
2010-02-21
świetny arykuł , godny uwagi

Komentarz: Sandoł
2010-02-09
Redakcjo, czy p. Narożniak to ten sam "Johnny" Narożniak, który prowadzi wasz sklep Centrum Wędkarstwa? Jeśli tak, to szacun dla niego!

Komentarz: HardGrove
2010-02-09
TAK!! ŚWIETNY ARTYKUŁ!!!

Komentarz: klarin1
2010-01-16
no nareszcie konkretny i fachowy artykuł. więcej takich . pozdrawiam i taaaaaaaaaaaaaaakiej ryby.

Dodaj komentarz:
Twój nick:
Komentarz:
 

- R E K L A M A -



© 2006 - 2010 by Twoje Media Sp. z o.o. | Wszystkie prawa zastrzeżone. |Designed by DesignMediaSolutions
Kołobrzeg apartamenty

Targi 2010 Casting