Turystyka
Jedź z nami na ryby
Czytelnia
Artykuły
Porada tygodnia
Artykuły sponsorowane
Zasady połowu ryb
Filmy na DVD
Oferta filmów
Fishing TV
SpołecznoŚci wędkarskie
Wędkarze piszą o sobie
Katalog firm
Akcesoria
Usługi
Dystrybucja
Gdzie kupić WMH?
Pogoda
Sprawdź
Galeria
Galeria zdjęć
Galeria filmowa
Pogawędki
Podyskutuj na forum!
Nasze bannery
Ściągnij nasze bannery
Reklama
Cennik
Wasza galeria

Newsletter
  Chcesz być na bieżąco informowany o nowościach na naszej stronie. Dopisz się do listy.
 
Dodaj Usuń  
 
Nasza galeria
 

 
Kalendarz z Natalią

WMH - film promocyjny

Zobacz film
QuickTime
Ankieta
Co jest dla Ciebie głównym źródłem informacji o nowościach w branży wędkarskiej?
czasopisma wędkarskie

fora dyskusyjne na portalach wędkarskich

newslettery serwisów wędkarskich

filmy wędkarskie


Reklama
 




 
Inne nasze czasopisma
 
 
 
   Czytelnia
Czas mormysza
01-01-2010


Zima. Cisza i spokój. Powierzchnie jezior skute grubą warstwą lodu. Gdy pierwszy lód skuwa wody, ryby nie od razu wyzbywają się swoich jesiennych przyzwyczajeń. Stada drobnicy nadal trzymają się przybrzeżnych trzcin, a za nimi jak wilki za owcami, podążają drapieżniki.

Ryby nie odczuwają jeszcze braku tlenu i odrętwienia spowodowanego długotrwałym zamknięciem pod lodową skorupą. Są tłuste po jesiennym obżarstwie, aktywne i nadal świetnie żerują. Płoć czy leszcz chętnie przekąszą apetycznie wijącego się czerwonego robaczka, a okoń agresywnie zaatakuje sporą, podlodową błystkę. Ale z czasem, gdy woda bardziej się wychłodzi, ryby stają się spokojniejsze, jakby ospałe. Oszczędność w ruchach ma na celu jak najmniejsze zużycie energii. Zmienia się też menu zimujących ryb. Nie w smak im już duże przynęty. Mija magia pierwszego lodu. Wtedy nadchodzi mój ulubiony okres lodowych łowów. Nadchodzi czas mormysza. Czas, kiedy najskuteczniejszą metodą połowu staje się mormyszka. Ta maleńka kuleczka ołowiu, mosiądzu czy wolframu, często ozdabiana cyrkoniami, kolorowymi koralikami czy wręcz inkrustowana złotem lub srebrem, w rękach wprawnego wędkarza potrafi skusić do brania praktycznie każdą rybę żerującą zimą. Ale żeby móc w pełni cieszyć się mormyszkową wyprawą, należy się do niej solidnie przygotować.

Zacznijmy od ubrania
Jeszcze do niedawna tylko ci z zasobniejszym portfelem mogli sobie pozwolić na bieliznę z rhovylonu czy innego brateksu, na dobrą polarową bluzę i portki, na goreteksowe spodnie i kurtkę z puchową podpinką. Teraz ceny dobrej zimowej odzieży praktycznie są dostępne dla każdego. Nawet coraz popularniejsze kombinezony wypornościowe, utrzymujące człowieka na powierzchni w razie załamania lodowej tafli, można kupić za dwieście – trzysta złotych. A myślę, że naprawdę warto się pokusić o taki zakup, gdyż wygoda, a przede wszystkim bezpieczeństwo na lodzie warte są każdej ceny. No i kosmiczna technologia użyta do produkcji tkanin na zimowe ciuchy zabezpieczy przed zimnem, wiatrem i deszczem, a nadmiar wilgoci od ciała odprowadzi na zewnątrz. Ale są też tacy wędkarze, którzy swojej starej kufajki i gumofilców nie zamieniliby na żadne nowomodne garnitury. Takim właśnie tradycjonalistom pozostają bawełniane kalesony, flanelowe koszule zakładane „na cebulę”, watowana kurtka i walonki, które też bardzo dobrze spełnią rolę izolatora ciepła w czasie zimowej wyprawy. Należy pamiętać o ciepłej czapce uszance, grubym szaliku i ciepłych rękawicach. Mnie najbardziej odpowiadają takie z jednym palcem, bo najszybciej można je zrzucić i zacząć "ręczny” hol ryby, a przy mormyszkowym łowieniu taki właśnie sposób holowania stosuję najczęściej.




Siedzisko
Bardzo dobrze tę funkcję spełniają kosze wędkarskie, używane przez spławikowców. Jeżeli wędkarz ma jeszcze trochę smykałki do majsterkowania i potrafi do takiego kosza dorobić przykręcane płozy, jego siedzisko będzie idealne. W ogólnym użytku są też różnego rodzaju saneczki, skrzyneczki, stołeczki itp. itd.
Niezłym rozwiązaniem, zwłaszcza dla leniuchów, jest zaadaptowanie do potrzeb wędkarskich dużego, dziesięciolitrowego, plastikowego wiadra z pokrywą, w jakim kupuje się farbę lub gotową zaprawę szpachlową. Zaletą takiego siedziska jest jego ogólna dostępność, praktycznie żaden koszt i prostota adaptacji. Przyznam się bez bicia, że sam używam takiego wiadra i doskonale spełnia ono swoją rolę. Jest na tyle wytrzymałe, że może na nim bezpiecznie i wygodnie siedzieć ponadstukilowy facet, a w środku mieści praktycznie wszystko, co potrzebne nam na lodzie, oprócz świdra oczywiście. Żeby z wiadra uczynić niezłe siedzisko, należy na pokrywę nakleić krążek wycięty z karimaty albo styropianu. Zapewni on komfort cieplny bardzo wrażliwej na mróz części wędkarskiego ciała. Taki sam kawałek styropianu warto też podłożyć pod nogi. Odizoluje nam on stopy od lodowej tafli.
Kolejną zaletą takiego siedziska jest to, że nogi siedzącego na nim wędkarza ugięte są pod kątem zbliżonym do 90o. Siedzenie z kolanami przy uszach nie jest ani wygodne, ani zdrowe, gdyż w tak pozginanych kończynach krew nie może swobodnie krążyć, co powoduje szybkie drętwienie nóg i marznięcie całego ciała.
Jesteśmy ubrani, mamy na czym siedzieć, czas więc na sprzęt zasadniczy.

Świder
Na początku zimy do robienia otworów w lodzie zdecydowanie poleciłbym pierzchnię, gdyż można nią opukać, sprawdzić niepewny lód o nieznanej grubości. Natomiast później, kiedy pokrywa lodowa jest grubsza, solidniejsza, świder będzie narzędziem bardziej poręcznym. Do niedawna na naszych lodowiskach niepodzielnie królowały „sybiraki”, czyli świdry od wschodnich sąsiadów, teraz można już spotkać nasze, krajowe, a nawet amerykańskie czy szwedzkie. Te ostatnie cieszą się u nas najwyższym uznaniem. Mają ostrza z wyśmienitej stali, świetnie zahartowane i naostrzone. Bardzo ważne jest, by świder miał ostrza podgięte pod odpowiednim kątem. Inaczej ślizga się po lodzie i trzeba użyć dużego nacisku, żeby wywiercić nim dziurę. I tu znów „szwedy” potwierdzają swoją jakość, chociaż nie ustępują im wiele popularne „sybiraki”. Tak samo świetnie kruszą lód i same ,,ciągną” w dół przy wierceniu. Ważne jest, żeby przed każdą wyprawą sprawdzić stan ostrza naszego świdra i podostrzyć go w razie potrzeby.


Wędki
Dawniej niepodzielnie królowały wyroby zza wschodniej granicy i samoróbki. Teraz w każdym wędkarskim sklepie na przedzimiu pojawia się mnóstwo różnego rodzaju wędeczek nieźle wykonanych i w bardziej niż przystępnych cenach, bo siedem czy piętnaście złotych za sztukę to naprawdę niewielkie pieniądze. Ostatnio bardzo często spotykaną wędeczką jest tzw. wędka gdańska, z profilowaną rękojeścią i poprzecznie osadzanym kiwokiem. Do takich wędek używa się małych, zgrabnych kołowroteczków ze stałą szpulą – od najprostszych, za jakieś dwanaście – piętnaście złotych, po istne cacka znanych firm, za pięćset – sześćset złotych. Ale naprawdę niezłe można kupić już za pięćdziesiąt pln. Ważne jest, żeby mechanizm naszego kołowrotka pracował bezawaryjnie, a hamulec nie zacinał się przy niskich temperaturach, gdyż każda, najmniejsza nawet blokada oznacza zerwanie pajęczej żyłeczki 0,08 czy 0,10 mm i nieuchronną utratę zdobyczy.
Mimo obfitego wyboru na sklepowych półkach i niewysokich cen podlodowych wędeczek ja nadal posługuję się samoróbką. Ma ona specyficzny kształt, który zapożyczyłem od aboskiego Pimpela. Według szwedzkich specjalistów podgięcie szczytówki do góry pomaga w zacięciu. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy to prawda, ale fakt – działa znakomicie, przyzwyczaiłem się do niej i nie zamierzam jej zmieniać. Ponieważ moja ,,pimpelka” spisuje się naprawdę świetnie, sądzę, że warta jest bliższego opisu.
Gruby pręt włókna szklanego, taki około półtora centymetra średnicy, obrabiam z grubsza na szlifierce, a potem wykańczam drobnoziarnistym papierem ściernym. Pręt musi być na tyle gruby, aby dało się wyprofilować podgięcie szczytówki do góry. Przegięcie uchwytu w drugą stronę uzyskuję, osadzając pręt w odpowiednio wyprofilowanej rączce drewnianej, którą potem oklejam pianką. Niestety, nie każde włókno nadaje się do wyszlifowania z niego wędeczki. Ze względu na to, że przy profilowaniu podgięcia zostają przecięte biegnące wzdłużnie włókna szklanego pręta, wiele szczytówek pęka i rozwarstwia się przy ugięciu.
W pewnym stopniu zapobiega temu omotka z cienkiej nici lub mocowanie przelotki właśnie w miejscu podgięcia. Czy szlifowane przez nas włókno nadaje się na wędkę, możemy sprawdzić jedynie metodą prób ekstremalnych, i to dopiero po polakierowaniu wyszlifowanego patyczka. Odpowiednie lakierowanie bowiem w znacznym stopniu spaja i wzmacnia nasz miniblank. Swoje wędeczki lakieruję podłogowym Hartzlakiem, z tym że do pierwszego lakierowania, lakier rozpuszczam rozpuszczalnikiem nitro do prawie wodnistej konsystencji. Zanurzam cały blank mniej więcej na około minut, żeby lakier dobrze wsiąknął w oszlifowany pręt. Potem wieszam do całkowitego wyschnięcia i znowu zanurzam w Hartzlaku, z tym że już nierozcieńczonym, i znów suszę. I dopiero po całkowitym wyschnięciu możemy sprawdzić, co wart jest nasz blank i czy żmudne szlifowanie nie było nadaremne. Jak już wspomniałem, wiele szczytówek nie przechodzi prób pomyślnie, ale jeśli trafimy na odpowiednie tworzywo, warto od razu postarać się o większą ilość, bo tego typu wędeczki naprawdę rewelacyjnie spełniają swoje zadanie. Jeszcze jedna ważna sprawa. W swoich wędkach nie stosuję przelotki szczytowej. Na wygięciu szczytówki montuję omotką przelotkę jednostopkową i zostawiam goły cienko wyszlifowany szpic, na którym w kawałku gumy osadzam kiwok. Ja preferuję te z dziczej szczeciny. Szczegóły konstrukcji mojej „pimpelki” , a raczej jej prostotę, wyjaśnia rysunek.



Jak już wspomniałem, dziś do większości wędek podlodowych montuje się kołowrotki o szpuli stałej, takie miniaturki kołowrotków spinningowych. Ja też takich używam, ale tylko do podlodowych spławikówek i błystki. Do mormyszkowej ,,pimpelki” mocuję kołowrotek o szpuli ruchomej. Idealny do tego celu okazał się najprostszy, mały kołowrotek muchowy. Ważne jest, żeby płynnie pracował na mrozie i nie był metalowy – złapanie gołą dłonią za zmrożony metal nie należy do przyjemności. Dlaczego stosuję nieskomplikowaną ,,katuszkę”, a nie nowoczesne cacko? Ano dlatego , że przy mormyszce ekspresowe tempo zwijania żyłki absolutnie nie jest potrzebne. Przecież to nie odległościówka, a głębokości też raczej zwykle nieoszałamiające. Jest jednak jeszcze inny powód, chyba ważniejszy. Otóż system nawijania żyłki kołowrotka o szpuli stałej powoduje załamanie jej na kabłąku pod kątem 90o i (dodatkowe opory), co przy naprężonej cienkiej żyłce (np. podczas holu pięknego okonia) może prowadzić do straty ryby życia. Natomiast zastosowanie kołowrotka o szpuli ruchomej sprawia, że żyłka wybiega z niego bez zbędnych załamań i dodatkowych oporów. Poza tym żaden hamulec nie będzie tak czuły jak palec oparty na szpuli katuszki.
I to by było tyle, jeśli chodzi o ,,grubszy”, zasadniczy sprzęt wędkarski, potrzebny nam do podlodowej wyprawy. Do opisania zostały mi już tylko podlodowe drobiazgi. Ale drobiazgi, bez których podlodowa wyprawa nie miałaby najmniejszego sensu... ale o tym już w następnym artykule. Życzmy sobie tylko mocnego, bezpiecznego lodu.

Mormyszki
Samo otwarcie pudełka z mormyszkami budzi u mnie uczucie zadowolenia. Kiedy patrzę na tę wędkarską biżuterię, czuję się jakbym oglądał prawdziwe jubilerskie precjoza. Te wszystkie kuleczki, fasolki, ziarenka, rombiki, robaczki, cynowe, ołowiane, wolframowe, łączone z miedzią, mosiądzem, a nawet srebrem czy złotem, matowe lub błyszczące, szare lub fluorescencyjne - wymyślone i wykonane tylko po to, aby oszukać i skłonić do brania ospałą, zimową rybę. A pierwowzorem ich wszystkich był niepozorny, centymetrowy skorupiaczek kiełż – „mormysz” po rosyjsku. A jako, że przynęta i metoda przyszła stamtąd- to i nazwa też -mormyszka.
Mormyszka w założeniach ma naśladować ruchy swojego żywego pierwowzoru - krótkie skoczki przy dnie, ale właściwie każdy wędkarz opracowuje swój własny, indywidualny styl prowadzenia. Uzupełnieniem mormyszki jest larwa ochotki zakładana pojedynczo lub po kilka sztuk na hak. W znacznym stopniu poprawia ona skuteczność tej przynęty. Żeby można było zobaczyć delikatne brania chimerycznych, zmarzniętych ryb, potrzebny jest jeszcze jeden mały, ale bardzo ważny element podlodowej wędeczki

Kiwok
Kiwok to nic innego jak drgająca szczytówka w miniaturze. Wykonane z najprzeróżniejszych materiałów, od dziczej szczeciny począwszy, poprzez pręciki z tworzyw sztucznych, klisz fotograficznych, po metalowe druciki i sprężynki. Wszystkie mają jedno zadanie: pokazać grę mormyszki i moment brania.Do naszego ekwipunku warto dołączyć jeszcze łyżkę do wybierania lodu z przerębla i to by było właściwie wszystko, czego potrzebujemy na mormyszkową wyprawę. Cały opisany przeze mnie majdan (oprócz świdra oczywiście) powinien być tak dobrany, aby swobodnie mieścił się w naszym koszu, lub wiadrze. To bardzo ułatwia poruszanie się po lodowej tafli.Ważne, aby znalazło się tam jeszcze trochę miejsca na termos z góralską…eee… znaczy chciałem powiedzieć gorącą herbatą i kanapki. Człowiek wystawiony na działanie mrozu bardzo szybko zużywa energię i jej doładowanie w postaci posiłku i gorącego napoju zapobiega szybkiemu wyziębieniu organizmu.



Na lód
Opisałem już ciuchy i sprzęt, jakiego potrzebujemy, żeby bezpiecznie, wygodnie i skutecznie łowić zimą. Jeśli więc jesteśmy odpowiednio ubrani i wyposażeni, czas wybrać się na lód.
Mormyszka ze względu na swój niewielki ciężar jest raczej przynętą płytkiej wody. Chociaż niektórzy wędkarze przy jej pomocy polują nawet na sieje, czy głębinowe okonie. Ja jednak na mormyszkowe łowy wybieram raczej zbiorniki płytsze, lub przybrzeżne strefy głębszych jezior, czy zbiorników zaporowych. Nawet na bardzo cienkich żyłkach ( 0,10 lub 0,08) mormyszką ciężko precyzyjnie zagrać poniżej dziesiątego metra. Wchodząc na nieznaną wodę , w wyszukiwaniu dobrych miejsc kieruję się starymi przeręblami wykutymi przez moich poprzedników. Ale nie wypatruję pojedynczych dziur , lecz całych skupisk otworów. Regułą zimowego łowienia jest to ,że w miejscu gdzie ryba bierze, w niedługim czasie gromadzą się istne stada wędkarzy, a lód dziurawy jest jak ser szwajcarski. Jeżeli taflę pokrywa świeży, gruby śnieg i nie widać śladów po wcześniejszym wierceniu, kręcenie dziur zaczynam przy trzcinach , wystających z lodu krzakach ,lub miejscach gdzie brzeg jest najbardziej urozmaicony, co pozwala przypuszczać ,że i dno jest niejednolite . Kiedy natrafię na brania, następną dziurę kręcę w odległości około metra w stronę środka jeziora. Jeśli tam brań nie ma , to posuwam się wzdłuż brzegu. Swoje mormyszkowe łowiska wyszukuję najczęściej na głębokości dwóch do sześciu metrów. Na tej głębokości panują już stabilne warunki termiczne i dociera tu jeszcze wystarczająco dużo światła słonecznego ,aby rośliny mogły produkować tlen ,nawet w zimnej wodzie, co zapobiega przydusze, często panującej zimą na większych głębokościach. Najwięcej brań mam zawsze w świeżo wykutych przeręblach, dlatego zawsze kręcę nową dziurę ,nawet wtedy, gdy znalezione przeze mnie stare nie były zamarznięte. Po oczyszczeniu otworu łyżką ustawiam siedzisko i wpuszczam mormyszkę dosmaczoną dwoma ochotkami. Granie rozpoczynam od dna. Uderzam kilka razy mormyszką o dno, aby wzbić obłoczek mułu, potem cały czas grając , powoli unoszę mormyszkę na dziesięć-piętnaście centymetrów do góry i szybko opuszczam, aby znów uderzyła w dno. Co jakiś czas ,,zawieszam” mormyszkę nieruchomo nad dnem i czekam około minuty. Potem wystarczy delikatnie drgnąć przynętą aby sprowokować zaciekawioną rybę do ataku. Jeżeli ryba jest w łowisku i żeruje, to czasami już przy pierwszym lub drugim powtórzeniu, kiwak się przygina, co kwituję zacięciem i rozpoczynam hol ryby. Zacinać należy z wyczuciem ze względu na małą średnicę i niewielką wytrzymałość żyłki. W delikatnym zacięciu pomaga też miękka szczytówka naszej wędeczki. Jeżeli ryba jest niewielka ,holuję ją wybierając żyłkę rękoma, jeśli czujemy znaczny opór , lepiej spróbować zmęczyć rybę pracą sprężystej szczytówki i holować przy pomocy kołowrotka. Zdarza się ,że ryby nie biorą z samego dna. Wtedy próbuję łowić troszkę wyżej, zwijając dwadzieścia-trzydzieści centymetrów żyłki. Gdy na przestrzeni około jednego metra nie mam brań,klękam nad przeręblem i zaglądam pod lód. Woda zimą wolna od planktonu i zawiesin jest tak klarowna, że nawet na głębokości pięciu-sześciu metrów jest doskonała widoczność. Mogę wtedy naocznie sprawdzić ,czy w mojej dziurze nie ma ryb , czy może nie potrafię ich skusić do brania. Dlaczego nie robię tego od razu po wywierceniu przerębla ? Ano bardzo często zdarzało mi się często że w takim „podglądanym” przeręblu ryby, nawet jeśli było ich sporo, nie reagowały na podawaną im przynętę, a już na pewno nie te największe. Kiedy widzę ,że ryby są w miejscówce i nie chcą brać ,próbuję pobudzić ich apetyt , wrzucając do otworu kilka ochotek i zostawiam przerębel w spokoju na dziesięć-piętnaście minut. W tym czasie kręcę drugi otwór około pięćdziesiąt centymetrów od pierwszego i z tego otworu próbuję skusić ryby będące opodal. Czasami to skutkuje , jeśli nie , to i ten przerębel zanęcam kilkoma ochotkami i idę szukać nowego miejsca. Kiedy mam już pięć, sześć takich miejscówek z namierzonymi rybami, obchodzę je obławiając po kolei. Czasami kręcę nową dziurę nieopodal starych, po czym najpierw obławiam tę nową ,a potem te poprzednie. I tak na każdej miejscówce. W międzyczasie zmieniam mormyszki i sposoby ich prowadzenia. Jeżeli po dwukrotnym obejściu wszystkich stanowisk nie mam efektów, przenoszę się w inny rejon lodu ,gdzie całą ceremonię powtarzam od początku. Mimo że mormyszka jest moją ulubioną i najskuteczniejszą metodą podlodowych łowów, to zdarzają się dni, w których ryba na nią nie reaguje. I wtedy rewelacyjną wręcz metodą może okazać się podlodowa spławikówka ! Ale o tym może następnym razem. Żeby tylko lodu nam nie zabrakło...



Tomek Reguła „Lipion”
Fot. archiwum, Autor


Wróć


Komentarz: konio
2010-02-18
Czytam o metodzie łapania okoni. Te cieniutkie żyłeczki. Ogania mie śmech. Osobiście łapię ryby w okresie zimowym na plecionkę 0,12, zakładam przypon 9 kg Jacksona (kupowany w odcinkch 5 m). Jako przynety uzywam Rapala Jigging Shad Rap. nie interesuje mnie łapanie mikroskopijnych okonków. Moje wyiki nie odbiegają od wyników łapjących na mormyszki, a nawet w łapaniu ładnych okoni mam dużo lepsze wyniki.

Dodaj komentarz:
Twój nick:
Komentarz:
 

- R E K L A M A -



© 2006 - 2010 by Twoje Media Sp. z o.o. | Wszystkie prawa zastrzeżone. |Designed by DesignMediaSolutions
Kołobrzeg apartamenty

Targi 2010 Casting