Duże
zbiorniki zaporowe należą do bardzo trudnych i wymagających łowisk. Często
spotyka się w nich dużo zaczepów w postaci zalanych budowli czy pniaków po
ściętych drzewach. Żadną sensacją nie będzie ogromna populacja racicznicy,
która niezwykle skutecznie niszczy nawet najbardziej odporne na ścieranie
materiały przyponowe. Silne wiatry potrafią zmienić naszą zasiadkę w prawdziwy
koszmar, porywając namiot lub inny sprzęt karpiowy. Dodatkowo, mając kilkaset
hektarów wody do dyspozycji, najczęściej nie jesteśmy w stanie szybko odnaleźć
odpowiedniego miejsca, w którym akurat będą karpie. Można powiedzieć, że wielka
woda to wielkie możliwości nie tylko dla karpiarzy, ale również dla ryb, które
w dużych zaporówkach mają znaczną różnorodność pokarmową, co zresztą wpływa
korzystnie na szybki ich wzrost. Wystarczy sprawdzić tabele połowów, aby móc
stwierdzić, że w zaporówkach łowi się dość dużo karpi, a pewna ich część to
wielkie okazy.
Wybór
miejsca Najważniejszą
czynnością, jaką musimy wykonać przed łowieniem w dużej wodzie, jest prawidłowy
wybór miejsca, bo – jak już zaznaczyłem – znalezienie karpi w kilkusethektarowej
wodzie nie będzie łatwe. Przed połowem radzę poświęcić jak najwięcej czasu na
wytypowanie łowiska i znalezienie karpi, co na pewno się opłaci. Jeśli znamy
wodę i żerowiska karpiowe, to właściwie najważniejsze i najtrudniejsze mamy za
sobą. Jeśli jednak dopiero chcemy znaleźć właściwe miejscówki, to czeka nas
dużo pracy. Na początek radzę zacząć od wywiadu środowiskowego, a więc wypytać
miejscowych wędkarzy, gdzie i na co łowi się karpie.

Kiedy już
uda nam się ustalić rejony, w których najczęściej są łowione wąsacze, trzeba
zwrócić uwagę na wiatr, a konkretnie na jego najczęstsze kierunki. Wiatr na
zaporówkach ma bardzo duże znaczenie i to głównie od niego zależy, gdzie będą
przebywały karpie i jak bardzo będą aktywne. Dlatego polecam stronę nawietrzną.
Na pewno warto przez kilka dni poobserwować taflę wody i sprawdzić, w jakich
miejscach karpie najczęściej się spławiają lub wykazują inną aktywność, np. o
żerowaniu świadczą wydobywające się z dna pęcherzyki powietrza. Następnym
krokiem będzie wysondowanie dna za pomocą pontonu, stukadełka i echosondy.
Możemy to również zrobić bez echosondy (jeśli jej nie mamy), ale wówczas czas
poszukiwań z pewnością się wydłuży. W przypadku gdy znajdziemy się nad wodą,
gdzie nie wolno używać środków pływających, pozostanie nam zbadanie dna za
pomocą markera, co jednak bardzo ograniczy nasze możliwości połowu. Warto
poszukać urozmaiconego ukształtowania dna, a więc jakichś wypłyceń w okolicach
znacznych spadków dna, a także wszelkich zatopionych konarów drzew, gdzie karpie
znajdują schronienie i pokarm, np. w postaci przyczepionych do drzew racicznic.
Godne uwagi będą również okolice gruzowisk po zalanych budynkach, gdzie z
pewnością znajdzie się pokarm w postaci raków czy małży.

Dobrze będzie, jeśli
uda nam się znaleźć stare koryto rzeki, albo jakąś zatopioną drogę, gdzie też
możemy się spodziewać karpi. Jeśli natomiast nie natrafimy na takie
charakterystyczne miejsca, to warto spróbować na płaskich połaciach dna, gdzie
występuje naturalny pokarm w postaci racicznic, raków czy ochotki. Kiedy już
znajdziemy interesujące nas miejsce, wówczas stawiamy bojkę do zaznaczenia
łowiska i obstukujemy dno za pomocą stukadełka (duży ciężarek przywiązany na
żyłce) w celu określenia jego charakteru i sprawdzenia położenia ewentualnych
zaczepów czy spadów. W
przypadku gdy nie jesteśmy w stanie poświęcić tak dużej ilości czasu na
łowienie i nęcenie w zaporówkach, proponuję wybrać miejsce, w którym rzeka,
wpadając do zbiornika, tworzy kanał lub stopniowo się rozszerza. W takich
miejscach niemal zawsze możemy się spodziewać niezłych brań. Łowienie na takich
przewężeniach znacznie się różni od łowienia na otwartej dużej wodzie i z
pewnością jest o wiele łatwiejsze. Kiedy już znaleźliśmy odpowiednie miejsce,
to czas się zabrać do nęcenia.
Nęcenie Nęcenie w
dużej wodzie będzie od nas wymagać sporej ilości czasu, a także zanęty.
Olbrzymia woda wymusza dłuższe nęcenie, co ma na celu przede wszystkim
przyzwyczajenie karpi do danego miejsca. Najważniejszy będzie początek nęcenia,
podczas którego musimy użyć dużych jej ilości. Proponuję wsypanie większej
ilości zanęty na obszar o powierzchni ok. 20 m2, a z reszty utworzenie ścieżek
zanętowych przynajmniej w dwóch kierunkach. Ścieżki nie mogą być przypadkowe,
lecz powinny wychodzić z pasa głównego obszaru nęcenia w kierunku miejsc, z
których spodziewamy się karpi. Długość ścieżek, które mają doprowadzić karpie w
nasze łowisko, zależy wyłącznie od tego, czy karpie podczas swych wędrówek będą
przepływały w okolicach łowiska, czy też musimy je ściągać z odległych miejsc.
Takie ścieżki mogą czasem dochodzić do 100 m oraz pochłaniać ogromną ilość
zanęty i oczywiście czasu na jej rozsypanie. Ale nie zawsze muszą być tak
długie, często wystarcza kilkadziesiąt metrów. W moim łowisku najczęściej
wystarczają dwa pasy długości 50 m. Dobrze jest takie pasy zaznaczyć bojkami,
żeby wiedzieć, gdzie sypać zanętę, i aby nasze ścieżki nie zmieniały kierunków.
Szerokość pasa powinna wynosić ok. 2 m, ale nie musi to być regułą. Oczywiście
jeśli jesteśmy pewni, że nasze łowisko jest na drodze wędrówek karpi, to możemy
ze ścieżek zanętowych zrezygnować. Ścieżki sypiemy dopóty, dopóki karpie nie
znajdą naszego łowiska, a gdy już zaczną się regularnie w nim pojawiać, to z
sypania rezygnujemy.
 Ilość
zanęty nie może być ani za mała, ani za duża. Choć proponuję, żeby to raczej
było za dużo, bo jak zauważyłem, przy tak dużej populacji innych gatunków ryb
(leszcze, płocie) nie jesteśmy w stanie przenęcić łowiska, nawet jeśli nie
odwiedzą go karpie. Myślę, że na początek 20 kg ziaren i 5 kg kulek zupełnie
wystarczy. Ważne jest, abyśmy byli w stanie sprawdzać, czy nasza zanęta jest
wyjadana w całości, czy też coś zostaje. Najlepszy sposób to nurkowanie w
łowisku, chyba że mamy to szczęście i dno łowiska widać z pontonu. Początkowo może
zostawać większa ilość zanęty, ale po jakimś czasie powinna zostać całkowicie
zjedzona. W zależności od tego, jak dużo zanęty znika z dna, powinniśmy albo
zwiększyć dawkę, albo ją zmniejszyć. Rodzaj
zanęty uzależniony jest od przyzwyczajeń ryb, czyli w zasadzie powinna to być
zanęta, jaką najczęściej nęcą miejscowi (choć nie jest to regułą, bo przy
dłuższym nęceniu jesteśmy w stanie zmienić upodobania ryb). Na pewno warto
nęcić kukurydzą, bo jak wiemy, jest ona bardzo popularna i tania, dlatego dobrze
ją znają wszelkie gatunki ryb. Dobre będą również groch, łubin i konopie.
Oczywiście bez kulek się nie obejdzie, ale polecam ich większe rozmiary 22–24
mm, a niekiedy nawet jeszcze większe. Optymalna
długość nęcenia to moim zdaniem minimum 3 dni, choć czasem może się to okazać
zbyt krótko. Najlepiej nęcić ok. 7–10 dni i dopiero po tym czasie rozpocząć
zasiadkę. Przez pierwszy tydzień nęcimy codziennie, a później możemy nęcić co
drugi dzień, wsypując ilość jak na dwa dni. Jeśli jednak zanęta nie będzie wyjadana
przez 3–4 dni, radzę zmienić łowisko lub przeczekać zły okres, ponieważ
zdarzają się sytuacje, kiedy karpie w ogóle nie interesują się zanętą, choć
spławiają się w łowisku. Dzień przed łowieniem w ogóle nie nęcimy, a podczas
zasiadki wsypujemy tylko niewielką porcję zanęty – ok. 3 kg ziaren i 0,5 kg
kulek. Jeśli zaczną się brania, to donęcamy łowisko samymi kulkami,
kilkadziesiąt sztuk po każdym odjeździe. Miejsce
położenia zestawu również nie może być przypadkowe, lecz dokładnie przemyślane.
Sam umieszczam jeden zestaw w środku obszaru nęcenia, drugi zaś na jego skraju
lub nawet kilka metrów za łowiskiem. To z pewnością pozwoli sprawdzić, z
których miejsc są częstsze brania, i później ewentualnie można tam umieścić dwa
zestawy. Moimi
przynętami w zbiornikach zaporowych są duże kulki, często na jeden zestaw
zakładam kulkę o średnicy 30 mm, a na drugi jakiegoś wielkiego bałwana. Karpie
są przyzwyczajone do tak dużych kęsów, gdyż ich naturalnym pożywieniem są
racicznice i raki. Na koniec
pozostaje nam wybrać odpowiedni sprzęt i dobrze się przygotować do zasiadki.
Sprzęt
Wybór
odpowiedniego sprzętu jest bardzo ważny, jeśli nie chcemy się narazić na
przykre niespodzianki. Nasze przygotowanie zależy od wielu czynników, np. od
tego, na jakiej odległości będziemy łowić, blisko na rzut wędką czy bardzo
daleko, wywożąc zestawy łódką lub pontonem. Choć z góry zakładam że będziemy
wywozili zestawy, bo jest to o wiele lepsze rozwiązanie, zwłaszcza że potrzebne
jest zanęcanie dużymi ilościami ziaren. Dlatego jeśli nęcimy z pontonu, to
możemy też wywozić zestawy. Przede wszystkim potrzebne nam będą kołowrotki z
bardzo dużą pojemnością szpuli. Dobrze by było, gdybyśmy mieli na kołowrotku
minimum 200 m plecionki, choć jest to uzależnione
od odległości, na jakiej będziemy łowić. Jeśli będziemy łowili o wiele dalej,
np. na 300 m, to nawijamy odpowiednio więcej plecionki. Sam jestem zdania, że
powinniśmy mieć przynajmniej 50 m plecionki w zapasie, to takie minimum.
Dlaczego cały czas piszę o plecionce? Dlatego, że radzę zrezygnować z żyłki
jeśli zamierzamy łowić dalej niż 100 m. Oczywiście rozumiem, że zakup kilkuset
metrów plecionki będzie dość kosztowny, ale ona wystarczy nam na 3 sezony lub
na dłużej i z pewnością w tym czasie na żyłkę wydalibyśmy znacznie więcej. Ale
nie to jest najważniejsze. Stosujemy plecionkę dlatego, że w przeciwieństwie do
żyłki jest nierozciągliwa i od razu wskazuje nam nawet najdelikatniejsze brania
z dużej odległości.

Ważne
jest też odpowiednie ustawienie wędek. Wędki ustawiamy pod jak największym
kątem do góry, czasem będą prawie stały w pionie. Po prostu im dalej, tym
wyżej. Ma to na celu zmniejszenie długości styku plecionki z dnem. Im krótszy
odcinek naszej plecionki będzie dotykał dna, tym lepiej dla nas. Plecionka jest
bowiem narażona na zaczepienie o ostre skorupy małż zalegające dno czy inne
zaczepy, których w zbiornikach zaporowych nie brakuje. A nie ma nic gorszego
niż stracenie ryby przez jakiś zaczep. Końcowy
odcinek zestawu możemy dodatkowo wzmocnić przyponem strzałowym o bardzo dużej
odporności na ścieranie. Godne polecenia są leadcory, bo dodatkowo dociążają
końcowy odcinek zestawu, który dobrze będzie przylegał do dna. Można też
zastosować limpit, a także fluorokarbon. Jeśli natomiast mamy całkowite
zaufanie do naszej plecionki głównej, to możemy zrezygnować ze stosowania
przyponu strzałowego. Dość
istotne jest zabezpieczenie sprzętu przed silnymi wiatrami, z którymi często
będziemy mieć do czynienia. Radzę dobrze wbić śledzie od naszego namiotu i
wzmocnić to wszystkimi odciągami, bo nawet lekki wiaterek może w krótkim czasie
zmienić się w potężną wichurę. Dobrze jest również mieć w sygnalizatorach
funkcję czułości, gdyż plecionka jest bardzo czuła na wiatr i nawet słabe jego
podmuchy będą powodowały uciążliwe popiskiwania sygnalizatora.

Wiatr
jednak, mimo wymienionych wcześniej minusów, będzie również naszym
sprzymierzeńcem. To właśnie od niego w dużym stopniu zależy aktywność naszych
ulubieńców, wiatr bowiem, tworząc duże fale, dobrze natlenia wodę i wypłukuje z
dna smakowite kąski. W takich sytuacjach karpie intensywnie żerują i są mniej
ostrożne. Jedną z
najważniejszych rzeczy będzie z pewnością posiadanie solidnego pontonu czy
łódki, tak byśmy mogli pływać podczas dużych fal bez narażenia na nieoczekiwaną
kąpiel. Musimy też mieć długie buty gumowe, np. wodery, a najlepiej
spodniobuty, które nie pozwolą nam zmoknąć podczas wywożenia zestawów na dużej
fali, a także swobodnie będziemy mogli wejść do pontonu. Wodery przydadzą się
również podczas podbierania ryb, gdyż zaporówki znane są z rozległych
przybrzeżnych płycizn.
 Jeśli
będziemy wywozić zestawy na bardzo duże odległości, musimy pamiętać o właściwym
oznaczeniu łowiska, tak aby bez problemów do niego dotrzeć zarówno w dzień, jak
i w nocy. W dzień wystarczy nam coś większego, np. bojka zrobiona z dużego
kawałka styropianu lub jakiejś pianki w jaskrawym kolorze. Na noc dobrze jest
umieścić na bojce świetlik, który doprowadzi nas do łowiska bez niepotrzebnego
błądzenia. Bardzo
istotnym elementem zestawu podczas dalekiej wywózki będzie odpowiedni ciężarek.
Jednak będzie się liczyć nie tylko jego masa, ale także kształt. Wydawałoby
się, że im dalej łowimy, tym większy zakładamy ciężarek. Jest to słuszne, ale
wszystko zależy od łowiska – czy łowimy na twardym, czy mulistym dnie, czy
łowimy na górce, czy też nie. Jeśli chcemy łowić na górce, to proponuję
umieścić zestaw tuż za nią na zaczynającym się spadzie, wówczas wystarczy nam
niewielki ciężarek ok. 100 g. Kiedy jednak będziemy chcieli mieć zestaw
bezpośrednio na górce, zwłaszcza z twardym dnem, będziemy potrzebowali ciężarka
przynajmniej 200-gramowego obustronnie spłaszczonego, gdyż takie ciężarki
dobrze się trzymają podłoża. Oczywiście jeśli to konieczne, to w pewnych
miejscach stosujemy ciężarki o wadze nawet ponad 300 g. W przypadku dna o
niewielkim mule sprawdzą się ciężarki ok. 150 g, gdyż ciężarek delikatnie się
zagłębi w takim osadzie i na pewno będzie w stanie utrzymać zestaw w jednym
miejscu. Kiedy natomiast na drodze naszego ściąganego zestawu występują
zaczepy, to dobrze zaopatrzyć się w ciężarki tzw. risery, które po energicznym
zwijaniu szybko wychodzą do powierzchni. Sam jestem zdania, że lepiej założyć
większy ciężarek niż za mały, bo karpiom to wcale nie przeszkadza, a tylko
pomaga w samozacięciu.
Podczas
połowu na dużych odległościach ważnym elementem zestawu będzie także haczyk,
który powinien być raczej większych rozmiarów, zwłaszcza jeśli przynęty będą
dość duże. Poza tym większe haki lepiej się trzymają wielkiego pyska karpia i
są znacznie mocniejsze. Jeśli chodzi
o wybór przyponu, to wszystko jest uzależnione od rodzaju dna i od konstrukcji
naszego zestawu – także tę kwestię pozostawiam do indywidualnego wyboru. Zbiorniki
zaporowe są naprawdę bardzo trudnymi łowiskami, ale także wielkim wyzwaniem dla
prawdziwego łowcy. Pływające w nich okazy, które znajdą się na naszej macie
karpiowej, z pewnością wynagrodzą nam cały włożony trud.
Paweł
Szewc Fot.
autor, O.Portrat
|